Artykuł ukazał się w Gazecie Powiatowej - Wiadomości Oławskie 2002/08
http://www.gazeta.olawa.pl/archiwum/doczytania_new/2002_08/weteran.php



Przeżyłem piekło


Tekst: Stanisław Borkowski

Jan Adamczyk ( mieszka w Oleśnicy Małej. Za działalność w ruchu oporu został aresztowany i kilka miesięcy trzymano go w więzieniach kieleckich. W marcu 1941 został przewieziony do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Przeżył tam piekło, ale cudem udało mu się uniknąć śmierci.


Działalność w ruchu oporu i więzienie


Urodziłem się i wychowałem w Tokarni w województwie świętokrzyskim, 15 kilometrów od Kielc. Należałem do Armii Krajowej i dość często brałem udział w różnych akcjach w okolicach Kielc czy Chęcin. Udało mi się szczęśliwie umknąć niemieckiemu pościgowi z psami. Przez wiele godzin deptali mi po piętach. Psy zgubiły trop, gdy zdjąłem buty i zacząłem uciekać boso. Wpadłem, gdy wracałem do domu z akcji i niespodziewanie natknąłem się na Niemców.
Nie mogłem ich w żaden sposób ominąć, bo droga biegła przy rzece Nidzie, i aby skryć się bezpiecznie w lesie, mogłem jedynie przejść przez dość głęboką wodę w tym miejscu. Niemcy byli już bardzo blisko i nie miałem czasu, aby coś sensownego uczynić. Do domu miałem jedynie jakieś pięćset metrów. Złapali mnie i powiedzieli, że jestem partyzant. Nie miałem żadnych szans. Broni nie miałem. Pistolet zostawiłem u kolegi w sąsiedniej wiosce. Wzięli mnie do Kielc do więzienia, zakuli w kajdany tak, że nie mogłem się rozebrać, aby zmienić bieliznę, czy umyć się. Wszy i inne robactwo jadły mnie żywcem. Tak siedziałem trzy miesiące od września do końca stycznia 1941 roku. Potem rozkuli mnie i przenieśli do bunkra na dalsze sześć tygodni.

Obóz koncentracyjny w Oświęcimiu


W marcu zostałem przewieziony do Oświęcimia. Miałem wtedy 25 lat. Byłem młody, silny i bardzo chciałem żyć. W Oświęcimiu kazali się nam wykąpać, przebrać w pasiaki i zaprowadzili na blok. Cały teren obozu był wtedy wielkim placem budowy. Zdolni do pracy więźniowie budowali nowe bloki. Musieliśmy wozić taczkami gruz, cegłę, piasek. Co jakieś trzydzieści metrów stali esesmani z pałami. Próbujących chwileczkę odpocząć, by rozprostować kości, popędzali tymi pałami. Pamiętam, że kiedyś z godzinę przed fajrantem byłem tak zmęczony, że już nie mogłem upchać taczek. Gdybym przystanął, na pewno dostałbym pałą. Zebrałem się na odwagę i zapytałem dozorcę, czy pozwoli mi pójść do ubikacji. Pozwolił, więc do fajrantu tam przesiedziałem. Na drugi dzień wyznaczyli mnie do innej roboty. Tym razem musieliśmy wozić piasek na budowę. Tam miałem przygodę, która też mogła mnie kosztować życie. Zobaczyłem, że jakiś cywil wiezie cały wóz chleba. Od razu poczułem straszny głód i postanowiłem ukraść jeden bochenek. Zacząłem się ostrożnie skradać. Gdy byłem już blisko, wozak obejrzał się w drugą stronę, aby specjalnie mnie nie zobaczyć. Schowałem chleb pod bluzę i odszedłem. Mógłbym ten chleb zjeść sam od razu, ale postanowiłem podzielić się z kolegami. Pech chciał, że widział mnie dozorca, który zaraz podszedł i kazał oddać tę cenną zdobycz. Chleba nie oddałem, to zameldował mnie do kapo. Ten przyszedł z pięciokilowym młotem, kazał mi się schylić i pięć razy uderzył mnie w pośladki. Starałem się trochę amortyzować uderzenia i lekko się odsuwałem, ale i tak krew poszła mi odbytnicą. Przez trzy dni leczyłem się spalonym chlebem i jakoś doszedłem do siebie
.

Kłopoty ze stopą


Robotę zmieniano nam często. Chodziliśmy do rozładunku wagonów. Nosiliśmy cegłę, wapno i inne materiały budowlane. Kiedyś ciężka belka upadła mi na nogę i boleśnie zraniła stopę. Chodziłem z wielkim trudem. Poszedłem do rewiru, czyli do takiego obozowego szpitala, gdzie wyczyścili mi ranę i trochę podleczyli, ale już po tygodniu kazali wrócić na blok. Z taką chorą nogą zostałem przeniesiony do pracy w Brzezince. Poznałem tam sanitariusza, od którego dostawałem co jakiś czas trochę papierowego bandażu. Owijałem sobie ranę na stopie i jakoś chodziłem. Kości były na wierzchu. Aż się bałem, żeby nie wdało się zakażenie. Smarowałem ranę margaryną, którą dostawałem w dziennej racji, i jakimś cudem noga powoli mi się goiła. Do rewiru już nie chciałem iść, bo tam by mnie zatrzymali na minimum dwa tygodnie, a tacy byli już zabierani do gazu. Kiedyś starszy lagru kontrolował kto chodzi w skarpetach. Więźniom nie wolno było nosić skarpet. Ja skarpety miałem, ale gdy pokazałem mu nogę, machnął tylko ręką i kazał mi iść na opatrunek. Tylko raz mi taki opatrunek zrobili, ale potem bałem się już tam chodzić, bo bezpieczniej było udawać zdrowego.

Bieg po życie


Co dwa lub trzy tygodnie dozorcy sprawdzali naszą kondycję fizyczną. Kazali nam przebiec ze trzydzieści metrów. Kto nie mógł pokonać tego odcinka biegiem, musiał ustawić się w drugiej kolejce i jako niezdolny do pracy, był przeznaczany do zagazowania. Ja biegłem, ale utykałem. Esesman zapytał czemu kuleję, ale skłamałem, że mam za duże buty i za mocno ścisnąłem sznurowadła, żeby mi nie spadły. Chyba widział że kłamię, ale kazał mi stanąć ze zdrowymi. W Brzezince pracowałem w cygańskim lagrze, na budowie przy załadunku i rozładunku materiałów budowlanych oraz przy sortowaniu ubrań zagazowanych ludzi. Osiem baraków było załadowanych takimi już posortowanymi ubraniami. W obozie pracowali także cywile, którzy chętnie taką odzież nabywali. Przecież w czasie okupacji były duże kłopoty z jej otrzymaniem.

Brylanty za bochenek chleba

Przy sortowaniu ubrań znaleźć można było cenne rzeczy. Ja znalazłem brylanty, chociaż sam nie wiedziałem, że są one tak cenne. Za pierścionek z brylantem dostałem od esesmana cztery chleby. Za jakąś cenniejszą rzecz czasem można było dostać nawet kawałek mięsa. Kiedyś pracujące tam kobiety chciały, żebym im wyszukał jakąś bieliznę czy rękawiczki. Poukrywałem to w kieszeniach, ale podpadłem pilnującemu nas esesmanowi. Ten zrewidował mnie i musiałem te rzeczy powyciągać. Za karę dostałem piętnaście razy pałą w pośladki, a gdy się podnosiłem z klęczek, jeszcze dostałem raz w głowę. Zalałem się krwią i padłem głową w kałużę. Może bym się utopił, ale kazał mnie wyciągnąć i zaprowadzić na blok. Na drugi dzień poszedłem do lekarza, którym był Polak, i poprosiłem go, żeby mi założył tylko mniej rzucające się w oczy klamry. Z bandażem na głowie mogłem w każdej chwili być przeznaczony do gazu, a ja chciałem żyć. Aby zrobić Niemcom na złość, po drabinie wszedłem do baraku ze sortowaną odzieżą i wyniosłem dla kobiet to, co chciały. Innym razem kolega namówił mnie, żebyśmy poszli do transportu więźniów zdobyć jakąś żywność. Oni przywozili ze sobą prowiant, bo nie zawsze spodziewali się co ich czeka w Brzezince. Zobaczył nas esesman, których wszędzie było pełno, jemu kazał iść na blok, a mnie rozkazał wejść do zbiornika z wodą, który był kopany na placu i zanurzyć się. Do wody wszedłem, ale zanurzyć się z głową nie chciałem. Niemiec wziął długą tykę i chciał mnie nią uderzyć. Unikałem jak mogłem tych uderzeń, aż esesman zmęczył się i kazał mi wyleźć z wody. Wyszedłem i zemdlałem na brzegu, ubłocony do granic możliwości. Kazał zanieść mnie pod trupiarnię. Leżałem tam jakiś czas, a potem zawlokłem się pod kuchnię, obmyłem się wodą z węża i poszedłem na blok. Tak skończyła się dla mnie wyprawa po żywność.

W karnej kompanii

Za handel szmatami dostałem się do karnej kompanii. Gdy mnie tylko tam zaprowadzili, otrzymałem na dzień dobry dwadzieścia kijów na tyłek i tydzień stojącego bunkra z jedzeniem raz na trzy dni. W karnej kompanii miałem przeżycie, które pozostawiło trwały ślad w mojej psychice. Kiedyś wieczorem poszedłem do ubikacji, która stała pod murem. W pobliżu ubikacji zobaczyłem zwyrodniałego esesmana który uderzeniami pałki mordował więźniów. Dwóch już dogorywało w błocie, a ja prawdopodobnie byłbym trzecim. Odwróciłem się na pięcie i poszedłem do siebie na blok. Po jakimś czasie zobaczyłem, jak ten Niemiec chodzi po bloku i wnikliwie przygląda się więźniom. Zatrzymał się również koło mnie. Postał chwilę, popatrzył strasznym wzrokiem i poszedł. Nie wiem, czy wtedy chciał mnie zabić. Wielokrotnie później w czasie snu prześladował mnie jego widok. Budziłem się zlany potem i do rana nie mogłem zasnąć
.

Buchenwald i Statsfurt

W 1943 roku wywieźli nas do Buchenwaldu. Z Weimaru do Buchenwaldu budowano tory kolejowe i my tam mieliśmy pracować. Oprócz dziennego wyżywienia dostawaliśmy ziemniaki. Można je było ugotować i najeść się do syta. Firma prowadząca budowę używała maszyn, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia, a po krótkim zapoznaniu się musieliśmy na nich pracować. Czasem zdarzały się niespodzianki. Kiedyś esesman kazał mi podciągnąć wagoniki benzynową lokomotywką. Lokomotywkę jakoś uruchomiłem, ale nie umiałem jej zgasić. Zatrzymałem się dopiero na okazałych świerkach. Uczyliśmy się też elektrycznego spawania. Zniszczone elektrody ukrywaliśmy, aby nie kłuły Niemców w oczy. Pod koniec 1943 roku przewieźli nas do obozu w Statsfurcie koło Magdeburga, gdzie budowaliśmy kopalnię soli. Było nas tam około 100 ludzi. Tam już miałem trochę lepiej. Jeździłem z zaopatrzeniowcem po chleb, mięso, po warzywa. Od rzeźnika można było dostać kawałek kaszanki czy chleba od piekarza. Niemcy z nami już się tam bardziej liczyli. Wiedzieli, że losy wojny mogą się zmienić na ich niekorzyść. W Buchenwaldzie rozpoczęły się samosądy. Więźniowie mordowali tych spośród siebie, którzy wysługiwali się esesmanom w Oświęcimiu czy Brzezince. Tam zginął niejeden kapo, obojętnie - Polak, czy Niemiec. Ginęli też niewinni ludzie. Pamiętam, że zabito sanitariusza, który raczej nikomu nie zawinił. Zginął dlatego, że był funkcyjnym i chodził w białym fartuchu. Zginąć można było nawet za kromkę chleba. Głodny chłopak zjadł komuś jedną podsuszoną kromeczkę więziennego chleba i za to niechybnie byłby zabity, gdyby nie mój i kilku innych więźniów zdecydowany sprzeciw. Nie wiem, czy ten chłopak przeżył, bo dostał się do karnej kompanii
.

Wolność

W Statsfurcie zastało mnie wyzwolenie. Wyzwolili nas Anglicy. Przedtem jeszcze Niemcy wywieźli chorych więźniów gdzieś ciągnikiem, a nas ewakuowali. W czasie ewakuacji wielu z nas uciekło. Po kilku dniach wróciliśmy do tego samego lagru, skąd wyszliśmy. Anglicy wydali polecenia, by trzy okoliczne wioski zaopatrywały nas w żywność i inne potrzebne nam rzeczy. Mieszkaliśmy tak kilka miesięcy. Postanowiliśmy w końcu wracać do domu. Zaopatrzyłem się w ubranie, żywność na drogę, dostałem motocykl i ruszyłem do kraju. Niestety, nie dane mi było wrócić do Tokarni niemieckim motocyklem. W Szczecinie obrabowali mnie radzieccy wyzwoliciele. Do domu dotarłem pociągiem. Rodzice jakoś przetrwali wojnę. Jedynie zmarł w obozie mój brat. Obozy przeżyłem, bo miałem dużo szczęścia. Zginąć można było praktycznie każdego dnia. Mnie się jakoś udawało zachować życie. Na pewno dużo pomogła mi znajomość języka niemieckiego, bo mogłem dogadać się z dozorcami, rozumiałem co koło mnie mówią
.

Königstraße

via_regia.jpg

Wer ist online

Aktuell sind 25 Gäste und keine Mitglieder online